Uczelnie przyszłości

Biurokraci w biurokratyczny sposób chcą stworzyć nowy akademicki świat.

Nieadekwatność narzędzi nie zraża. Ministerstwo szkolnictwa wyższego ogłosiło nowy program biurokratycznego wydawania pieniędzy przez naukowców przerobionych na biurokratów: Uczelnie przyszłości.


Cel zasadniczy, wyzierający zza tego programu, to podniesienie notowań kilku uczelni w Polsce w rankingach międzynarodowych. Stąd konsolidacja, uczelnie przyszłości, umiędzynarodowienie. Wszystko wedle recepty zewnętrznej, bez własnego pomyślunku. Ambicje ministerstwa, ambicje pani premier, która ogłosi za cztery lata, że UW podskoczyło o 150 miejsc w jakimś amerykańsko angielskim rankingu. To przemówienie jest teraz przygotowywane.

Wyraźna jest bezradność w sformułowaniu autentycznych celów edukacji wyższej. Bo nie może nim być zatrudnialność na rynku pracy (ani podskoki w punktacjach). To skrajny redukcjonizm. Zatrudnialność jest wypadkową zbyt wielu czynników na które uczelnia nie ma wpływu, stanu gospodarki, itp. Obarczanie uczelni odpowiedzialnością za to, co ze swoim życiem będą robić dorośli ludzie jest robieniem ze szkół wyższych przytułków i przedszkoli, a ze studentów dzieci, nieprzystosowanych społecznie. Uczelnia przede wszystkim nie może gwarantować zatrudnialności, ona zajmuje się kształceniem młodego człowieka, a nie organizowaniem mu życia. Nadopiekuńczość to prosta droga do wyuczonej bezradności. Każda dyscyplina naukowa ma własną logikę i własne cele, ich realizacja jest celem kształcenia, a nie zatrudnialność. Ta pomyłka wcielona w życie zrobi z uczelni pośredniaki.

Wszystkie te fałszywe cele są proponowane do osiągnięcia poprzez rozbudowywanie procedur biurokratycznych, sprawozdań, efektów kształcenia itp. Nieadekwatne narzędzia nie zrodzą interesujących rezultatów. Logika rzeczy jest bezwzlędna: wychowany na procedurach biurokratycznych, praktykujący procedury biurokratyczne naukowiec staje się biurokratą. Oto początek negatywnej selekcji do zawodu. Przetrwają miłośnicy biurokratycznych sprawozdań. Reszta odpadnie. To dopiero będzie innowacyjny naród, w wymyślaniu oryginalnych sprawozdań, rozliczeń, i wszelkich innych papierowych konceptów.

Istotą tego procederu jest dehumanizacja, zapomnienie, że człowiek nie jest narzędziem działań państwa, ale celem - to ze Immanuelem Kantem. Tej perspektywy, tego typu wrażliwości brakuje kierownictwu, technokratom, matematykom, ekonometrom, i innym zarządzającym szkolnictwem wyższym.

Jeśli człowiek ma być celem to trzeba by pomyśleć jakie dobro byłoby dla niego właściwe. Propozycja ministerstwa, ograniczająca się jedynie do zwiększenia zatrudnialności, jest uwłaczająca. Oznacza, że państwo myśli o obywatelach jedynie w kategoriach ekonomicznych, widzi w nich jedynie pracowników, czyli niewolników.

Jaki jest więc cel edukacji wyższej, jaki jest cel uniwersytetu? Panowie i Panie technokraci. Jaki jest cel życia człowieka myślącego? Co jest jego szczęściem? Przypominacie sobie coś z kursów filozoficznych, czy wszystko gdzieś uciekło?

Czy w horyzoncie waszych refleksji istnieją wartości inne, aniżeli ekonomiczne? Czy o zbiorowisku ludzkim możecie wykrzesać inne pojęcia, aniżeli rynek pracy?

Czy mam podpowiedzieć? Pasja poznawcza, odkrywanie prawdy, a nie zatrudnialność i unowocześnienie gospodarki? Autoteliczność jest warunkiem sine qua non twórczego myślenia. Jeszcze tylko raz Kant:

Postępuj tak, aby drugi człowiek w Twoich działaniach był nie tylko narzędziem, ale zawsze także celem.

To nie są zaklęcia, praca nad horyzontem etycznym przedsięwzięć dotyczących organizacji życia uniwersytetu, stanowi o naturze całego przedsięwzięcia. Brak horyzontu etycznego, niezdolność do myślenia w kategoriach kantowskiego imperatywu, prowadzi do cynizmu, jaki pojawia się wypowiedziach naszych zarządzających nauką technokratów, ostatnio prof. Zylicza. On nie jest sam, jest ich legion.

Jak ktoś jest głuchy to nie słyszy. Głuchego śpiewać nie nauczysz.
Trwa ładowanie komentarzy...